WA-LEN-C-JA
Wpisany przez Edmund Deker poniedziałek, 16 listopada 2009 03:54
Kiedy słucham Esbjórn Svensson Trio wyobrażam sobie, jak to się musiało stać dziwnie, jakoś koślawo poukładać, w tym całym kosmicznym porządku, że akurat on, Esbjorn – człowiek o imieniu, które wymawiane brzmi jak upadek spadochroniarza podczas awaryjnego lądowania na biegunie północnym – musiał „kopnąć w kalendarz”, a raczej „zalać luki”, jak to mówią marynarze na łodziach podwodnych, gdyż utopił się podczas nurkowania biedaczysko i tyle by było z tego całego jazzu.
Ale wystarczy popatrzeć na tego szwedzkiego skurczybyka: jak układa frazy, gdzie wypuszcza swoją bestię, żeby zignorować kwestie metrykalne i zanurzyć się w tym co ważne, w muzyce. Esbjórn z chłopakami zabierają mnie metodycznie na wycieczkę do świata, do którego zwykle trzeba mieć kluczyk. Ostatnio tyle emocji przeżywałem słuchając trio Keitha Jarett-a, Jacka DeJohnette-a i Garego Peacock-a, mojej „wspaniałej trójki”, muzycznych superbohaterów o niestworzonych mocach. Zawsze zastanawiałem się, jakie to musi być uczucie, grać z takimi muzykami, z którymi możesz w ciemno odpalić kolorową rakietę prosto w Galaktykę Andromedy, pozwolić, żeby wstrząsnęły tobą konwulsje, zajrzeć w rejony siebie, które ogląda się tylko od święta, dostaje się tylko w nagrodę. Dla muzyka, to istne El Dorado, a znalezienie kompanów, z którymi rozumie się w takim stopniu jak wyżej wymienione tria, zdarza się równie rzadko, co zupełne zaćmienie słońca i dotyczy naprawdę nielicznych. To jak krzesanie gwiezdnego pyłu, za pomocą najprawdziwszej magii, żadnych tanich trików z półmartwym zwierzęciem w kapeluszu. Cała sztuczka z muzyką zaczyna się wyobraźni, ale w zależności od prestidigitatora, albo materializuje się jako realny twór i wytrwały słuchacz zostaje dopuszczony do najpierwszych praobrazów, nienazwanych obszarów podświadomości ,albo, z czym stykamy się na każdym kroku, sztukmistrz wali nam zwykłą ściemę z obwoźnego lunaparku z kaskadami brokatu, półnagimi gwiazdami wijącymi się w szpagacie i kobietą słoniem na zakończenie.
Ale cóż, można zapomnieć o wszystkim co nie dotyczy mnie w pierwszej kolejności i słuchać sobie Esbjórna. Ku własnej ucieszę, a już na pewno z pożytkiem dla muzyki, uraczyłem się odrobinką chocolate para fumar, a co nie jest niczym innym, jak szczodrym darem dla kultury zachodu, od naszych umorusanych przyjaciół z Maroka. I jeśli tylko pomyślę sobie jak mi się wiedzie, muszę przyznać, że pierwsze freudowskie skojarzenia mówią, że jest dobrze, nad wyraz dobrze nawet i w środku listopada czuje się z pewnością wyjątkowo nieśrodkowo-listopadowo, zdecydowanie bliżej początkowo-wrześniowo, a jest to dla mnie najbardziej spełniający i eteryczny czas roku.
Ale zacznijmy od początku. Na plażę idzie się cały czas prosto, jak tylko skręcisz za warzywniakiem w prawo. Prowadzony jest, jak większość fruterias przez miłego araba, który siedzi wśród tych warzyw i owoców od rana do wieczora i z tego co widzę, najprawdopodobniej z nudów wyznaczył sobie za cel nauczenia mnie tak zwanej: small talk, po hiszpańsku, czyli kurtuazyjnej gadki o dupie Maryny . Idzie to tak:
Hola Amigo!? Como estas?- pyta sprzedawca.
Bien Bien, esta bien – odpowiadam, bo niczym innym nie potrafię mu fiknąć i jak tylko pomyślę sobie o tym, że mój hiszpański jest rozwinięty na poziomie dwulatka, to szlag mnie trafia i nie chce mi się już gadać z tym miłym panem. Nie ma to jak w klatce własnych ograniczeń. Jednak on nie daje z wygraną i mówi do mnie nieprzerwanie i nic a nic nie rozumiem. Czasami uda mi się skojarzyć jakieś słowo, wybucham wtedy triumfalnie, powtarzam : - Ah, Barcelona, bueno, bueno. I na tym kończy się moje gadanie.
Adios- rzucam mu w pośpiechu, bo długo się tak nie da pociągnąć, zwłaszcza, że jego angielski jest na poziomie mojego rumuńskiego, który oscyluje w okolicach zera.
Jednak kiedy wszystkie bueno świata zostanie wypowiedziane można skręcić już, jak należy i wystarczy iść tylko czterdzieści minut cały czas prosto, żeby dotrzeć na plażę. Najpierw idzie się ulicami centrum, gdzie mieszka przeważnie klasa średnia i toczy się zupełnie normalne życie społeczno-rodzinne, ale już niedaleko, jakby nie skręcić w prawo, tylko w lewo, to można migusiem przeskoczyć koryto osuszonej rzeki, które jest teraz parkiem, terenem rekreacyjnym i Bóg wie czym jeszcze i niby od niechcenia bryknąć na ciemną stronę mocy i znaleźć się w samym środku skurwienia, pijaństwa i demoralizacji polanej gęsto tanim szampanem, potem i komercją, czyli dzielnicy Carmen.
No, ale umówiliśmy się, że nie skręcamy w lewo przed południem, dlatego dreptamy na plażę pogadać z Neptunem i zakopać się w piachu na wszelki wypadek.
Idąc dalej, mijamy boiska do piłki i korty tenisowe, których jeszcze w żadnym innym państwie nie widziałem w takiej ilości. Trzeba przyznać Hiszpanom, że śpiewać to oni może nie potrafią, ale skakać, biegać, ogólnie fizycznie się radować to potrafią jak nikt inny i dla nich jest to mocno fajniejsze niż nawalanie się jak stodoła w pewnej skurwiałej knajpie pachnącej rynsztokiem. Oh, nie! Zamiast tego wolą sobie poskakać, pokopać w piłkę, czy to nie miły naród, nie? Ciężko mi to zrozumieć, bo przecież kiepsko gra się w piłkę z browarem w ręce i kiepem z ustach, to dlatego większość moich znajomych zapewne pyta filozoficznie: -Po co grać zatem? Zatem odpowiadam: - Nie wiem, ale mówią, że to zdrowo.
W tym oto sportowym duchu opuszczamy centrum i kierujemy się nadal prosto w kierunku plaży, przechodząc teraz obok Univesitad Politecnica, czyli zjednoczonych sił humanizmu i techniki. Przydałoby się takie rozwiązanie w Polsce, zwłaszcza ze względów towarzysko-przygodowych. Dzięki temu może w końcu udałoby się rozwiązać nieludzką dysproporcję mężczyzn w stosunku do kobiet na Politechnice. Pomyślcie sobie jakie ciekawe kombinację mogą powstać z wymieszania genotypu inżyniera mechatroniki z etnolożką, albo magistra inżyniera odlewnictwa z adeptką filologii polskiej - specjalizacja nauczycielska. Z pewnością Hitler by tego nie wymyślił!
Jeśli chodzi o samą uczelnię jest to kompleks parunastu budynków, parków, sal wykładowych, znowu kortów tenisowych, kawiarni itd. Wygląda to jak amerykański serial dla nastolatków i mniej więcej tak też wygląda w praktyce. Cóż, Królewna Helena nie jest za bardzo zadowolona z systemu, którego drenaż już zaliczyła w Stanach, kiedy to w liceum starano się wydymać jej indywidualizm po raz pierwszy. Tu jest podobnie. Na zajęciach wszyscy koniecznie, bez wyjątku, muszą być podzieleni na grupy. Jak nie jesteś w grupie, to znaczy, że nikt cię nie kocha i nie jesteś" winner", "closer", "on-toper". Tak mawiali starzy amerykańscy mędrcy kapitalizmu, dlatego nie ma co z tym za bardzo dyskutować. Dlatego jak już, Królewna Helena, podzieliła się na grupy, te na następne, a wszystko to w oparach niezadowolenia i czynnego oporu, bo jak tu siedzieć cicho kiedy zdegradowano cię do owcy w stadzie do nauczenia, wszystko ucichło, co było do pogodzenia zostało pogodzone i Królewna Helena uczy się SoundForga i Adobe Premiere, pogrupowana według wzrostu i zasług oczywiście. Gorzka pigułka została przełknięta, kwaśna polewka wypita, a wątpliwości stłamszone w zarodku. Jednak nie byłbym zupełnie szczery, gdybym powiedział, że nie imponuje mi owa uczelnia. Mówię tu w szczególności o zdrowym rozsądku i niesamowitej, funkcjonalnej i przychylnej studentom przestrzeni jaką im zafundowano, co nie zmienia faktu, że opisywanie jak różni się to od polskich uczelni wyższych wydaje mi się staraniem zmierzenia się różnicy między ciepłym a zimnym gównem. Cóż, każda zależność niesie za sobą zarówno plusy i minusy, choć osobiście widzę w tym więcej minusów i za nic nie oddałbym wolności dysponowania sobą podług własnych zasad, które może i są gówniane, ale przynajmniej nie podzielone w grupy według z góry narzuconego systemu. Dlatego długo nie zabawię w tej instytucji, choć mijam ją z szacunkiem należnemu każdemu miejscu, gdzie znajduje się porządna biblioteka.
Omijam kompleks uczelniany, żeby zanurzyć się w dzielnicę fatamorganę, mój plac zabaw. Wchodzi się w nią niczym ukradkiem, bo w tej dzielnicy wszystko robi się niejako pokątnie. Ze świata nowoczesnych budynków, niskich kamieniczek z mieszkaniami po babci, albo kupionymi na kredyt penthouse-ów w szklanych wieżowcach wjeżdżamy rozklekotanym karawanem z trzeszczącą muzyką w głośnikach w dziawe świat, czyli nigdzie indziej jak pod jurysdykcję cygańskiej wspólnoty tchnącej ciepłem i akceptacją. A więc wygląda to tak. Wychodzisz z miasta zbudowanego przez pedantycznego Niemca do totalnego gnojowiska, tak bliskiego memu sercu, które wygląda jakby chmara arabskich najeźdźców ledwie kwadrans temu skończyła plądrowanie i gwałcenie, a teraz nastał czas na popołudniowe pogaduchy i kawkę. Otoczona zewsząd już "normalnymi" budynkami zamieszkiwanymi przez "porządnych" białych ludzi, którym sąsiedzi spędzają zapewne sen z powiek i którzy śnią najchętniej o autorskim planie zagłady wszystkich Cyganów świata. Ta dzielnica i jej mieszkańcy wygląda jak przeterminowane zaklęcie pijanego dżina wypowiedziane przez przypadek podczas orgii gdzieś w arabskim burdelu. To czysta groteska. Walące się kamienice, z których przysiągłbym, jeśliby wyciągnąć jedną cegiełkę runęłyby jak domino. Ciekawy jestem czy Cyganie w ogóle zauważyliby taki drobiazg. Z doświadczenia wiem, że More, More, nie za bardzo dbają o opinię innych, dlatego też maja wszystkich i wszystko w dupie, co akurat podzielam i podziwiam. Wzrok jakim cię obdarzają tubylcy, kiedy przechodzisz przez jedyną ścieżkę rowerową, która biegnie przez sam środek tego piekła, to koktajl z ignorancji i pogardy wstrząśnięty przez nieokiełznaną chęć wyruchania cię na kasę, bo nie tylko w teorii, ale także i w praktyce wewnętrznie pomiatają tobą jak parchatą szmatą i nie odmawiają sobie komfortu rzucenia ci tego w twarz. Urocza, jakże gościnna nacja!
Na dzielnicy bywam z dwóch fundamentalnych powodów. Pierwszy, to mała żółta kamieniczka pośrodku tego kurwidołka, w której to, kiedy drzwi są otwarte, można zrobić zakupy alternatywne czyli: hash, kokainę i heroinę albo, dla zainteresowanych zostać zmieszanym z błotem przez rosłą Cygankę, za to, że się jest ogólnie cieniasem, nie zna się hiszpańskiego itd. Drugi, to flamenco. Grają tego iberyjskiego bluesa, jak nikt inny, jak prawdziwe diabły. To dlatego mam w dupie ich niechęć i chyba już powoli to pojmują, bo już się ze mną witają, choć nadal zanim podadzą mi rękę rozglądają się czy ich nikt ze swoich nie widzi, wiecie, że się z takim lamusem witają, wstyd na cały kwartał! Ale wiedzą też, że gram na gitarze,bo często mnie z nią widują, dlatego mam potajemne punkty szacunku, ale żaden z nich się do tego nie przyzna.
W arkana postępowania z tutejszymi Cyganami wstępnie zdążył wprowadzić mnie Fulo, kolega, którego poznałem na plaży. Fulo pochodzi z małej wysepki niedaleko Panamy i razem z dredami do kolan i chropowatym głosem Milesa Davisa wyglądał jak dziecko Boba Marleya z trzeciej setki. Fulo zajmował się sprzedażą mojito na Walencjańskiej plaży i pewnie tym zaskarbił sobie moją przyjaźń, bo miał chłopak rękę do tego orzeźwiającego drinka na bazie rumu i limonki. Głównym zajęciem Fula było wprowadzenie dobrego samopoczucie w swoim plemieniu, jak nazywał grupę swoich najbliższych, dlatego Fulo w domu nie jest nikim innym jak serwisantem muzycznym i puszcza płyty jako dj w paru klubach na swojej wysepce. Z tego co mówi jest super znany na owych szesnastu przecznicach, które tworzą jego wyspę i żyje generalnie jak król. Jak nie puszcza płyt, to bzyka swoją dziewczynę Szwajcarkę albo surfuje po oceanie . Więc radą którą udzielił mi Fulo odnośnie Cyganów było: - Nie staraj się, to na nic się nie zda.
A więc nie staram się i przechodzę przez kiosk z chocolate, witam się z kolegą, którego bezskutecznie staram się już któryś raz z rzędu namówić na małe jam session, ale z tego co mówi szanse są nikłe. Ostatni biały , który chciał pograć z nimi na gitarze w ich niedzielnym rytuale i nie rozumiał uprzejmego: -Spierdalaj!!, wisiał nieopodal na drzewie cedrowym, nagi i z krawatem ze swojego drogocennego instrumentu przyczepionym do swojego przyrodzenia, także dzieciaki miały wiele zabawy z tą ludzką piniadą.
I już jestem na plaży. Jesienne słońce wraz z wiatrem otula mi twarz jak pomidora i zapiera mi dech w piersi, tak jest spokojnie i pięknie. Siadam w kawiarence i czuję się nie przymierzając jak Ernest Hemingway, tylko bez myśli samobójczych. Królewna Helena, która z cyckami na wierzchu wygrzewa się jak kocica pod kloszem naturalnej solarki śle mi całusa z oddali. I takie to życie ciężkie, mówię wam!
Polecamy
Zaloguj się
Przyjaciele
Najnowsze wiadomości
Rozkład jazdy
08.09.2010 - 21:30
Matej ze Środy
09.09.2010 - 21:00
Dj Ożóg "Igłą po Rowku"
10.09.2010 - 21:00
Dj Romek Rega live show!
11.09.2010 - 18:00
Piano Bar Maestro Olo Majos
11.09.2010 - 21:00
Dj Lola











